Boże zawsze miłosierny, Ty przez doroczną uroczystość wielkanocną umacniasz wiarę Twojego ludu,
pomnóż łaskę, której udzieliłeś, abyśmy wszyscy głębiej pojęli, jak wielki jest chrzest, przez który zostaliśmy oczyszczeni, jak potężny jest Duch, przez którego zostaliśmy odrodzeni, i jak cenna jest Krew, przez którą zostaliśmy odkupieni. (kolekta II Niedzieli Wielkanocnej)
Przed chwilą tymi słowami zakończyłam Nieszpory. I jak co roku zatrzymała mnie czerwona adnotacja u dołu brewiarzowej strony: „Koniec Oktawy Wielkanocy”. Koniec ośmiodniowego świętowania. (A właściwie jedenastodniowego – bo najpierw wieczorem w Wielki Czwartek zaczęła się trzydniowa liturgia: od znaku krzyża na początku Mszy Wieczerzy Pańskiej do błogosławieństwa na koniec Wigilii Paschalnej. I potem Wielkanoc, która w jednej niedzieli się nie mieści, tylko trwa osiem dni).
Zatrzymała mnie i poruszyła… Patrzę na to minione półtora tygodnia i nadziwić się nie mogę, jak bardzo Pan Bóg mnie tym czasem obdarował.
Cały Wielki Post był bardzo trudny, z różnych względów. Trochę mi przeciekł między palcami, trochę był tylko lekkim tłem dla bardzo intensywnej codzienności. Brakowało mi niekiedy sił na coś więcej niż plan minimum duchowych praktyk. Można by powiedzieć: słabe przygotowanie do najważniejszych dni w roku. Ale kolejny raz Pan Bóg postanowił w swojej niepojętej cierpliwości pokazać mi, że tu nie chodzi o moje nieudolne ludzkie wysiłki, tylko o Jego łaskę.
Najpierw Triduum. Pierwszy raz w całości przeżywane w lokalnej parafii. Tak wybrałam, choć mogło być „jak zawsze” – w nieco laboratoryjnych warunkach rekolekcyjnej grupy, w wygodnej (ciepłej!) kaplicy. Jednak w tym roku szczególnie, z wielu względów, wiązałoby się to z dużym napięciem i psychicznym trudem. Może liturgia byłaby bardziej bogata w treści i znaki, ale nie wiem, czy byłabym w stanie w nie w pełni wejść… Byłam zatem w parafialnym kościele. Pięknie przygotowana liturgia, komentarze, śpiewy… Duchowa uczta. W tym roku bardzo dotknęło mnie odnowienie przymierza chrzcielnego: moje kolejne powstanie do nowego życia razem z Jezusem. Właśnie po tej duchowej ciemności i oschłości Wielkiego Postu to był ten moment namacalnego dotknięcia Bożej łaski – paschalne światło w ciemności! (Nie bez powodu wybrałam takie zdjęcie jako ilustrację: to moja świeca z Wigilii Paschalnej.)
A potem Oktawa. I znów prezent od Pana Boga: codzienna Eucharystia, tym razem w kameralnym gronie, a mimo to uroczysta, ze śpiewaniem wszystkiego, co się dało, z rozważaniem Słowa. A potem dobre spotkania i rozmowy przy stole. Znów duchowa uczta. Dawno tak w pełni nie przeżyłam tych ośmiu dni. Tak bardzo Pan Bóg się zatroszczył. I po raz kolejny przypomniał: „Wystarczy ci mojej łaski…”.
Oktawa się skończyła. Ale to taki koniec, który niczego nie kończy… Bo przed nami jeszcze półtora miesiąca – sześć tygodni okresu wielkanocnego, aż do Zesłania Ducha Świętego. Pięćdziesiąt dni paschalnej radości. Mimo że na dobre wrócił już rytm codziennej pracy, życie pędzi w swoim tempie, a problemów i trudów nie ubyło, to można je przeżywać w takiej właśnie – paschalnej – perspektywie. Tak jak mówi przytoczona na początku modlitwa: Wielkanoc jest po to, żeby umocnić naszą wiarę i by coraz głębiej wchodzić w tajemnice naszego zbawienia. A na to potrzeba czasu.
Mam wrażenie, że w duszpasterskiej praktyce Kościoła w Polsce bardziej akcentowane jest przygotowanie niż samo świętowanie. Adwent, roraty, rekolekcje… A potem Pasterka, dwa dni świąt i… po świętach. Gdyby nie kolędy i szopka w kościele, prawie można by nie zauważyć, że okres Bożego Narodzenia trwa. I tak samo, a nawet bardziej, jest z czasem paschalnym: długi Wielki Post, Droga Krzyżowa, Gorzkie żale, postanowienia, rekolekcje… A po Wielkanocy tzw. drugi dzień świąt i znów… po świętach. O Oktawie i jej znaczeniu nie mówi prawie nikt (no chyba że chodzi o to, że w piątek nie ma postu). Nie mówiąc już o całym, długim (dłuższym niż Wielki Post!) okresie wielkanocnym. Ale to temat na osobny wpis, więc nie ciągnę dalej.
Bardzo chodzi za mną myśl, żeby w tym roku rozważać Drogę Światła, zatrzymać się na spokojnie nad jej kolejnymi stacjami. Nie w pośpiechu, podczas jednego nabożeństwa, ale by cały ten wielkanocny czas przepleść refleksją nad tym, co działo się po Zmartwychwstaniu. Jak mi wyjdzie? Zobaczymy. Opowiem…
A na razie zapraszam do moich instagramowych refleksji:

Masz rację z tym świętowaniem naszym. Umiemy świetnie, święcie, długo i nabożnie się przygotowywać, a potem przegapić prawie to na co czekaliśmy:) Zresztą, chyba w wielu innych kwestiach też tak jest.
A co do ciemności Wielkiego Postu i krzyży z nim związanych to tak się już do tego przyzwyczaiłam, że … trochę dziwnie, gdy żaden krzyż w tym czasie nie przyjdzie.
O, tak… Choć mój cały ostatni rok (a nawet nieco dłużej) jest taki „wielkopostny”… Na szczęście przetykany okruchami światła!
domyśliłam się Mario. Ufaj. On wyprowadza z najgłębszej ciemności.